Andre Villers [grudzień 2014 r.]
Razem z moim bratankiem Feliksem byliśmy przedwczoraj na południu Francji w miejscowości Le Luc. Wynająłem samochód w Nicei. Pojechałem tam aby odwiedzić dobrego przyjaciela, fotografa, którego nie widziałem od lat. Le Luc położone jest w połowie drogi pomiędzy Marsylią a Niceą. Nie było łatwo znaleźć dom zagubiony na zboczu góry porosłej gęsto kosodrzewiną. Byliśmy tam gośćmi u mojego 84-letniego André. André opowiada jak poznaliśmy się i zaprzyjaźnili natychmiast, od momentu spotkania. Ludzie mówią „od pierwszego wejrzenia”, ale ja nie lubię tak mówić. „To był 1964 rok, w Paryżu i do atelier artysty Alberta Diato, gdzie nocowałem, przybył z Warszawy Witold z francuską dziewczyną, walizkami pełnymi polskiej wódki i różnymi zakąskami ….i zaczęło się.” Felo przy kamerze, nagrywa i robi zdjęcia i jest oczywistym, że nie będę mógł wypierać się i zaprzeczać faktom. Prawdę mówiąc, nie bardzo pamiętam następujących po sobie wydarzeń, gdyż wówczas pomimo moich młodych 32 lat, w pewnym momencie urwał mi się film. Czwarty dzień pozostał zamglony jak Giewont w listopadzie. To znaczy, że ja pamiętam, czego André nie pamięta, a on to, czego ja nie pamiętam, ale na szczęście niektóre sprawki pamiętamy razem i o tym porozumiewawczo milczymy. Uśmiechnięta Chantal, żona André, przysłuchuje się i jak to przezorna żona, udaje, że jej to nie interesuje.
Przyprowadziła mnie do pracowni Alberta Diato w Paryżu France Cremieux, jego dobra znajoma. Tam też przebywałem około trzech tygodni i poznałem mnóstwo interesujących ludzi. Między innymi aktorkę Edith Scob, Simone de Beauvoir i jej siostrę, malarkę ze Strasburga. Był to mój pierwszy dzień po wylądowaniu w Paryżu. Zaczęło się więc nieźle, jak na pierwszy dzień w moim życiu we Francji. Wylądowałem wśród Francuzów; ani jednego Polaka aby pomógł, podał rękę, poinstruował, oprowadził po mieście i ostrzegł. Ten wylot z tzw. Ludowej Polski do pracowni Alberta, to była przeprowadzka na inną planetę. W 1964 roku, w Warszawie, w sklepach, tam gdzie powinno być mięso były puste haki, i wnętrza wyglądały jak sale tortur czekające na przybycie Świętej Inkwizycji. Brudne kafle ścian sklepowych mówiły: już dawno nie było dostawy… i pewnie nie będzie. „To party zainicjowane przez Witolda, pewnie dalej trwało po moim odjeździe. Ja po czterech dniach wróciłem do mojej pieczary w Vallauris, na południu Francji. Albert i jego żona Francine, pokochali Witolda tak, że wydawało się, że go zaadoptowali i Witold pozostanie już tam na zawsze.” André nie zna i nie wie jak smutne były koleje losu tej znajomości i nie widziałem potrzeby informowania go o tym co zaszło. Nie mniej Albert pozostanie w mojej pamięci obdarzony moją wielką przyjaźnią i wdzięcznością. Nie ma go już, odszedł pozostawiając wspomnienia, którymi dzielimy się z André jak kromką wczorajszego chleba.
Felo majstruje coś przy aparacie i nie wiem czy nagrywa to nasze spotkanie. Wiem natomiast, że André myli się mówiąc, że poznaliśmy się w roku 1966. Spotkaliśmy się w maju 1964, w dniu w którym przyleciałem z Warszawy do Paryża. Skoro mamy 2014 rok, minęło 50 lat. „Atelier Alberta było w kształcie podkowy” – kontynuuje André…” tak, ciągnęło się na poddaszu ponad paroma budynkami na Rue du Temple, niedaleko Hotel de Ville i metra o tej samej nazwie. Zabierało trochę czasu aby przejść w tym studio z jednego końca na drugi. Jeżeli zapomniałeś swojej szklanki wina w jednym z końców to musiałeś zrobić sobie wycieczkę z powrotem. Pachniało olejnymi farbami, werniksem i winem.Nie chcę przy Chantal nadmieniać, że po drodze można było natykać się na nagie pary, które spółkowały bez żenady, nie zwracając uwagi na przyjaznych przechodniów. Tam gdzie dach spotyka się z podłogą leżały materace. Trzeba było zgarbić się dobrze aby na materac się wczołgać. Nie było drzwi w tej wąskiej kiszce, nie można było się zamknąć. Jedyne drzwi, prowadziły do jedynej toalety, dla mężczyzn i kobiet, z napisem: jedyna rzecz, której nie należy robić razem. Oto był przykład wdzięku bohemy jaką Paryż jest obdarzony i to wszystko w sąsiedztwie Merostwa, bo jak wiemy Hotel de Ville to nie hotel, tylko władze miasta Paryża.
André nie wiedział, że ja… jeszcze żyję, a ja nie miałem zielonego pojęcia czy i gdzie on egzystuje. Kiedy przed paroma dniami, w Denver powiedziałem do mojej wielkiej przyjaciółki Friedy Sanidas, byłego konsula Francji, że znałem André, była mile zaskoczona: naprawdę, ty go znałeś? Następnego dnia dzwoni do mnie z odkryciem i mówi, że André żyje i dostałem od niej jego numer telefonu we Francji. Jest dziewiąta wieczorem na Cote d’Azur. Chwytam za telefon i słyszę głos André. Ten sam głos, który poznałem pięćdziesiąt lat temu. Radość w żołądku. Będzie spotkanie z przeszłością na żywo. Jak to dobrze żyć długo. Należy być wdzięcznym za starość i ją doceniać. Tyle młodych ludzi nie otrzymało tego przywileju. „Witold, czy pamiętasz, że robiłem ci zdjęcia, są gdzieś tam na górze” – i wskazał piętro wyżej.
W roku 1967 miałem małą wystawę w galerii w Antibes. Na otwarcie przybyli André i poeta Jacques Prevert. Picasso żył wówczas jeszcze następne 6 lat. Szkoda, że go zabrakło. Pamiętam, że André nie rozstawał się nigdy ze swoim Rolleiflexem i nosił go uwieszonym na piersi jak instrument medyczny bez którego jego serce przestałoby bić. Miał jedną nogę trochę krótszą i kuśtykał, a aparat kołysał się i zdawało się, że za chwilę oberwie się i potoczy. Miał bardzo… zwiędłe nogi, nie pasujące do tułowia i dużą głowę nie pasującą do jednego i drugiego. Jednym słowem do dzisiejszego dnia, tak widzę Henri de Toulouse-Lautreca. Kiedy tego pierwszego wieczoru u Alberta Diato zapytał mnie co ja robię, nie mówiąc mu, że jestem malarzem, odpowiedziałem, że stawiam sobie takie zadania, które wydają się nie do pokonania. André patrząc mi głęboko w oczy, powiedział po chwili „ja też”. Myślę, że ten krótki dialog wystarczył na pięćdziesiąt lat przyjaźni. André ledwie chodzi. Opiera się o stołek, który po prostu posuwa po podłodze, ale odrzuca pomoc. Urodził się w Vallauris, w roku 1930. W roku 1947 na skutek gruźlicy kości został umieszczony w sanatorium. Spędził tam 8 lat i tam w ramach terapii zaczął interesować się fotografią. W marcu 1953 roku poznał Picassa. Picasso kupił mu w prezencie Rolleifleksa i tak zaczęła się niezwykła, wieloletnia przyjaźń pomiędzy mala-rzem i fotografem. Dziś większość powszechnie znanych fotografii Picassa jest autorstwa André. W miejscowości Mougins znajduje się Muzeum Fotografii ANDRÉ VILLERS. Picasso i André wielokrotnie tworzyli sztukę razem. Eksperymentowali mieszając fotografie z malarstwem i tak powstały serie albumów z tekstem Jacques Preverta. Nazwałem ich Wielką Trójką. Od 1950 roku André fotografując robił portrety wielu wybitnych ludzi, między innymi pozowali mu: Fernand Leger, Alexander Calder, Jacques Prevert, Jean Arp, Le Corbusier, Savador Dali, Joan Miro, Marc Chagall, Max Ernst, Jean Cocteau,, Hans Hartung, Pierre Soulages, Louis Bunuel, Federico Fellini, Leo Ferre, Zao Wou Ki…itd. Prace André znajdują się w wielu muzeach na świecie, a wystawy jego fotografii były organizowane w całej Europie, USA i Japonii. Żegnamy się i pomimo obietnicy następnego spotkania, ten moment zawisa w powietrzu jak kawał ołowiu. Tak nie żegnają się ludzie młodzi. Francuzi mają powiedzonko: partir c’est mourir un peu… odjechać to umrzeć troszeczkę, mais mourir c’est partir beaucoup… ale umrzeć to odjechać… dużo, bardzo.