Bronisław Kaper [kwiecień 2015 r.]
Późnym popołudniem siedzieliśmy przy basenie u Bronka Kapera i popijali wino, kiedy dzwonek oznajmił, że ktoś stoi za drzwiami. Ktoś kto nie uprzedził gospodarza o swojej wizycie. Bronek zrobił zdziwioną minę. Tego rodzaju odwiedziny to rzadkość w samym sercu Beverly Hills. Bronisław krzyknął do Katherine – swojej, od lat oddanej mu służącej, Niemki: „Jeżeli to prezydent Stanów Zjednoczonych, to nie wpuszczaj, jesteśmy bez kapeluszy” i do mnie po polsku: „nie mamy nic do zdjęcia, a spodni przecież przed byle kim zdejmować nie będziemy. Chyba, że to kobieta” – dodał. Nigdy nie było wiadomo co strzeli Bronkowi do głowy. Co wymyśli aby było śmiesznie, co powie aby zaskoczyć i co zrobi, czego nikt nie jest w stanie przewidzieć. Starszy Pan Sowizdrzał, napisałem kiedyś na papierze i przylepiłem mu na zewnątrz drzwi. Nie zdejmował tego papierka dość długo i mówił mi, że bawi go jak amerykanie próbują powiedzieć sowizdrzał i pytają co to znaczy po angielsku. Otoczony stale admiracją przez rich and famous z Hollywood, z niewątpliwym zadowoleniem przyjmował hołdy wielu już pokoleń reżyserów, aktorów i muzyków. Nie ma się co dziwić, w końcu był zdobywcą Oskara za muzykę do filmu “Lili” z Leslie Caron. Ten polski Żyd z Łodzi wyjechał przed wojną i jako kompozytor począł szukać szczęścia w Hollywood. Znajomość sześciu języków zjednała mu przyjaciół z całego świata, a jego piękna, literacka polszczyzna zaskakiwała Polaków przylatujących z kraju.
Kiedyś przyprowadziłem do Bronka, mojego gościa – „Dudka”, Edwarda Dziewońskiego, który po raz pierwszy był w Kalifornii. Dudek tez się zadziwił i Bronisław mu powiedział: „ależ proszę szanownego pana, jak się człowiek DOBRZE nauczy jeździć na rowerze, to nie zapomni; z językami jest tak samo, jednakowoż należy uważać aby się język nie wplątał w przekładnię, należy unikać trybów, na przykład trybu rozkazującego.” Katherine otworzyła drzwi i nieoczekiwany pojawił się Groucho Marx, a Bronek wykrzyknął „jak to, to ty jeszcze żyjesz”? Na co Groucho natychmiast odpowiedział „tak, tylko nie mów nikomu”. Trudno byłoby mi dziś odtworzyć całość dialogu pomiędzy tymi dwoma. To był, jak to się w Polsce mówiło, jeden wielki wygłup. Prześcigali się w śmieszności, robili głupie miny, a surrealizm ich rozmowy spowodował, że nie mogłem pohamować łez ze śmiechu. Miałem przed sobą niezwykły teatr, teatr na jednego widza i tylko żal pozostał, że taki spektakl nie został utrwalony na kliszy. W 1970 roku istniała już kamera video, ale nieznana była szerokiej publiczności i nie do znalezienia w sklepach. Ja osobiście zetknąłem się z kamera video po raz pierwszy jesienią 1968 roku, u Romka Polańskiego w domu na Cielo Drive w Bel Air i byłem ciekaw czy kiedykolwiek uda mi się zostać właścicielem takiego cudeńka. Groucho, który był wyższy o głowę od Bronisława, powiedział: Broni te się kurczysz ze śmiechu, ja muszę uważać co mowię do Ciebie”, a Bronisław na to: ty chudniesz, niedługo już Ciebie nie będzie, zobaczymy kto będzie pierwszy… kto wygra.” Kiedyś byłem świadkiem jak jakiś wścibski człowiek zapytał Bronisława gdzie się urodził. W Polsce odpowiedział Bronisław. Na to on: Panie Kaper, Polacy to najgorsi antysemici. To nie Niemcy? Pyta się go Bronisław. Niemcy tacy sami, podnosi głos ten człowiek. Bronisław przeczekał chwilę, patrząc na niego uważnie i powiedział. Czy zdaje Pan sobie sprawę, ze trzysta pięćdziesiąt tysięcy Żydów uratowało się gdyż byli ukrywani przez Polaków, którym groziło za to natychmiastowe rozstrzelanie. Jak Pan myśli ile ludzi trzeba, aby ukryć taka ilość poszukiwanych? Milion proszę pana, milion! A gdyby sytuacja była odwrotna i należałoby ukrywać Polaków, czy odważyłby się pan to uczynić? Nieznajomy zaczął przestępować z nogi na nogę i nic nie odpowiedział. No widzi pan, kontynuuje Bronisław, żebym pana więcej nie spotkał na mojej drodze, bo ja tchórzami się brzydzę.
Idziemy Witeczku dalej… Domu Bronisława już nie ma. Ktoś kto kupił ten dom zniwelował teren nie zdając sobie sprawy, że zniszczył nie tylko piękną, drewnianą architekturę, ale zadał ból historii. Nowy nabywca postawił tam wielką willę, która jest szczytem złego gustu. Zanim Kaper kupił ten dom przy 616 Bedford Drive, mieszkała w nim Judy Garland… drewniane ściany, drewniany niski sufit podparty starymi belkami, sztychy na ścianach, biblioteka, fortepian i żadne “karpety” tylko piękny dywan ze Wschodu. W każdy czwartek, jak ostatni król – Stanisław Poniatowski, Bronisław organizował wieczory dla przyjaciół i u niego poznawałem ciekawych i słynnych ludzi lat siedemdziesiątych. Miedzy innymi przypomina mi się aktorka Yvette Mimieux, którą tam właśnie poznałem. Któregoś wieczoru zaprosiła mnie do siebie na lampkę wina. Kiedy przybyłem pod wskazany adres, duże szklane drzwi dwupiętrowego domu otworzyły się przesuwając bezszelestnie. Wszedłem do środka. drzwi zamknęły się za mną, a przede mną była druga szklana ściana. Znalazłem się przez chwilę w szklanej klatce. Po drugiej stronie, znajdował się ogromny hol wejściowy, bardzo elegancki, udekorowany antykami… i nikt mnie nie witał. Nagle ku mojemu zdumieniu, w moim kierunku zaczął iść ogromny lew i kiedy był w odległości 3-4 metrów, ściana pomiędzy nim a mną zaczęła się powoli otwierać na tej samej zasadzie co pierwsza, przesuwając na prawo. Stałem zupełnie sparaliżowany. Kiedy lew zaczął mnie obwąchiwać, gdzieś z pierwszego piętra doszedł perlisty śmiech Yvette. Yvette mówiła i śmiała się jakoś bardzo po francusku. Jej przyjaciel był słynnym trenerem zwierząt dla wytwórni filmowych i taki szpas robili również niektórym, innym zaproszonym gościom. Bronek wiedział i mnie nie uprzedził. Dla draki, jak to Broni. Przyjaciel Yvette nie miał połowy wskazującego palca u lewej ręki, odgryzł mu ten palec… szympans. Ten sam lew był później na werandzie domu nad brzegiem oceanu, kiedy zabrałem na spotkanie z nim moja kilkuletnią córkę Paulinę. Lew leżał na boku na drewnianej podłodze, co jakiś czas leniwie otwierał oczy, miał obrożę, a gruby sznur leżał obok. Powiedziałem córce, żeby przysiadła kolo lwa i go pogłaskała. – Zrobię Ci zdjęcie, powiedziałem. Kiedy Paulina zaczęła podchodzić do lwa, jakaś pani krzyknęła, żeby nie zbliżała się do niego, a na to moja córka odpowiedziała spokojnie, że skoro mój tata mówi, że lew mi nic nie zrobi, to nie zrobi. Jest taki okres u naszych dzieci, kiedy wierzą w nas bardziej niż we lwy. Niestety przechodzi im to i potem nie są już takie czarujące i uwielbiane.
Kiedy wiele lat później w Denver po koncercie spotkałem Zubina Mehtę, wspominaliśmy dom Bronisława oraz te czwartki pełne serdeczności i gościnności naszego kolorowego przyjaciela. Zubin powiedział: „Prowadząc samochód w Beverly Hills unikam Bedford Drive bo robi mi się smutno”. To był wyjątkowy dom, wyjątkowa epoka, wyjątkowy Bronisław, o którym kiedyś pomyślałem, że kpił sobie z wszystkich i z wszystkiego z… miłością. Zadzwoniłem któregoś wieczoru aby zapytać co porabia, a Broni mówi mi, że szkoda, że nie zadzwoniłem wcześniej, bo kazałby mi przylecieć natychmiast. „Właśnie wyszli Artur, Zubin I Luciano, gdybyś przyszedł nie byłoby tak nudno.” Chodziło oczywiście o Rubinsteina, Mehtę i Pavarottiego. Zakpił sobie ze mnie i z nich. Trudno sobie wyobrazić, żeby było nudno w towarzystwie tych czterech, zwłaszcza kiedy rozmawiali o anatomii kobiety, wtrącając od czasu do czasu uwagi na temat muzyki. Kiedy miałem studio-galerię pod adresem 9406 Wilshire Boulevard przy Canon Drive w Beverly Hills, a Rubinstein wychodził na spacer, wpadał do mnie na pogawędki. Miał pokój z fortepianem wysoko w Wilshire Hotel, dwie przecznice od mojej galerii przy Rodeo Dr. Miał również z dala od hotelu dom, gdzie urzędowała jego żona, hrabianka Aniela (Nela) Młynarska. Pamiętam jego porady kuchenne. Widać było, że lubi gotować i zdumiewał mnie swoją pamięcią i znajomością przepisów kuchennych. Bronek powiedział mi, że ten pokój w hotelu służył Arturowi nie tylko do prób fortepianowych… ale to tylko plotki… i płotki, dodał. Gruba ryba przychodzi do mnie. Włączam sobie płytę DVD koncertu dyrygowanego przez Zubina w Rzymie w Teatro dell’Opera di Roma. Słucham i patrzę, a tłem jest stara architektura amfiteatru wypchanego po brzegi publicznością. Na scenie najsłynniejsi tenorzy naszych czasów, Luciano Pavarotti, José Carreras i Placido Domingo. Kiedy pierwszy raz słuchałem tego koncertu, uważałem, że poszli na łatwiznę dla zdobycia powszechnego podziwu. W programie popularne międzynarodowe piosenki, łatwe do wyśpiewania, kokieteryjne i wszędzie znane. „O sole mio”, „Oczy czarne”, coś z Edith Piaf, jednym słowem „dusze szczypatielnoje”, jak mówią Rosjanie. Miałem to poczucie, że zdradzili wielką sztukę opery, zaniżyli program do poziomu mas, dla mas… może dla pieniędzy? A jednak myliłem się. Słuchając znowu po latach, odczuwam, że małą sztukę wokalną podnieśli do poziomu WIELKIEJ SZTUKI. Przerzucili delikatny pomost pomiędzy operą i współczesnością. Jak to dobrze, że nie jestem już młody i wolno mi mylić się i jeszcze przyznawać się do tego.