Encino, Los Angeles [sierpień 2016 r.]
Encino to miejscowość po północnej stronie gór w Los Angeles. Szczytami gór i wzgórz leci od wschodu do zachodu, kończąc na Pacyfiku, droga Mulholland Drive. Malowniczy trakt pełen zakrętów i od czasu do czasu, zwłaszcza w nocy, można zobaczyć spektakularne morze świateł rozciągające się do horyzontu po obu stronach gór. Aby przedostać się na drugą stronę gór z Beverly Hills czy Bel Air trzeba wziąć jeden z przecinających góry kanionów, z południa na północ; Benedict Canyon lub Laurel Canyon. Pod koniec lat sześćdziesiątych zeszłego wieku kiedy jechałem do Romka Polańskiego, musiałem kierować się na Benedict Canyon i jadąc pod górę skręcić w malutką uliczkę Cielo Drive, a kiedy jechałem do domu, który dała mi do dyspozycji Abigail Folger, zwana Gibi, skręcałem z Bulwaru Zachodzącego Słońca na Laurel Canyon. Gibi została zamordowana w domu Romka i Sharon Tate w roku 1969. Gdyby żyła odziedziczyłaby wraz ze swoim bratem fortunę Coffee Folger. To była miła i skromna dziewczyna, pragnęła mojego towarzystwa dla możliwości konwersacji w języku francuskim. Mama i tata wysłali ją uprzednio do Francji na roczne studia. Przed tym morderstwem malowałem dużo w obydwu domach i w obydwu domach trzymałem moje farby, pędzle i płótna. Po morderstwie opuściłem obydwa gościnne domy i musiałem znaleźć sobie dogodne miejsce na pracownię. Najpierw wynajmowałem małą galerię-studio w Beverly Hills pod adresem 9406 Willshire Boulevard, a kiedy dostałem propozycję zrobienia bardzo dużej wystawy w prestiżowym Otis Art Institute w Los Angeles, przez znajomych znalazłem i wynająłem dom w Encino. Rozległe domy tuż u podnóża gór, oddzielone od siebie dużą przestrzenią, ścianami zielonych krzewów i kwiatów, były wtulone pomiędzy palmy. Piękne ogrody uwodziły swoją intymnością i czarem. Natychmiast poczułem się dobrze w moim nowym otoczeniu i zabrałem się do roboty.
Praca i czas oddalały myśli o tych, którzy niedawno i tak nagle odeszli. A było ich tak wielu. Sharon, Komeda, Folger, Hłasko, Frykowski, Niziński. Czułem się obryzgany krwią. W moim tymczasowym luksusie szarzały tragedie tego świata, na jakiś czas traciły czarne kontury i zanikała utrata nadziei, zwłaszcza w momentach, kiedy myśli o sprawach ostatecznych spychają nas do rowu i przynoszą świadomości ból. Na szczęście okres werterowski w życiu młodego mężczyzny przemija z czasem. Nie po raz pierwszy wypełniało moją intelektualną przestrzeń malowanie, bez którego istnienie bywało trudne, a czasem nawet traciło sens. Nie miałem pojęcia kim są moi sąsiedzi, nie znałem nikogo po tej stronie gór. Nie wiedziałem czy w moim sąsiedztwie jest ktoś kto lubi muzykę klasyczną; a przecież to zawsze było i jest takie ważne. Byłem młody i lubiłem puszczać głośno muzykę. Chciałem aby wysokie palmy słuchały wraz ze mną. Po tamtej stronie pozostawiłem wiele znajomych osób oddalonych półtoragodzinną jazdą samochodem i zdawało się że jakiś czas będę zupełnie sam. Pierwszą osobą, która z ciekawością zaczęła się zbliżać był podstarzały listonosz. Pojawił się wraz z pierwszymi rachunkami za czynsz, światło, gaz, wodę i ubezpieczenie. – Dobrze, że się tu sprowadziłeś. Tu jest spokojnie, tu w tej dolince, w tym „cul-de-sac” zawsze było tajemniczo. Czasem uzbierało się tej poczty w skrzynkach! Niektórzy ludzie wpadali tu do swoich domów tylko od czasu do czasu, czasem raz w tygodniu, na weekend. Tu po lewej twoim sąsiadem był ten stary aktor, Spencer Tracy, widziałem parę razy Katherine Hepburn, ale listy przychodziły tylko do niej. To twoje malowanie to o czym to jest? To takie kwiaty, nie kwiaty. Dużo czerwonego. Normalnie listonosz przynosił pocztę i wkładał do skrzynki, po zewnętrznej stronie furtki i wjazdu dla samochodów. Nie pozwalał sobie na spoufalanie się z mieszkańcami i trzymał dystans, ale po jakimś czasie zostawiałem furtkę otwartą i Thomas, bo tak miał na imię, kiedy mnie widział, przynosił mi pocztę do rąk. Od czasu kiedy poczęstowałem go kawą i sernikiem, musiał koniecznie opowiadać o swoich kłopotach z rodziną.
Przygotowuję więc wystawę w OTIS i maluję, składający się z wielu części, ogromnych rozmiarów obraz. Mam przed domem spory basen do pływania, który dość szybko zamienił się w miejsce do płukania pędzli. Zaczęło się od tego, że cofając się kopnąłem kubeł pełen czerwonej farby. Kubeł wylądował w basenie. O pływaniu już nie było mowy. Wylewałem więc czerwoną wodę do basenu, płukałem pędzle i szmaty którymi rozprowadzałem farbę po dużych powierzchniach, gdzie pędzel wykonywałby robotę za wolno. Farba akrylowa szybko schnie. Któregoś dnia pojechałem na cały dzień do Los Angeles i miłym trafem natknąłem się na dziewczynę, którą poznałem kiedyś w Beverly Hills przez Johna Carsona. To był ten nasz słynny wieczór kiedy John i ja poszliśmy na kolację z dwiema dziewczynami. Jedną z nich była właśnie Jennifer. Poszliśmy na kawę i po bardzo krótkiej rozmowie została podjęta decyzja, że zostanie moją sekretarką. Zamieszkała u mnie, odbierała telefony, organizowała śniadania, lunche i kolacje, pomagała w korespondencji. Miała jeden dziwny zwyczaj. Siadywała na zewnątrz przed domem, w pozycji jogi, kompletnie goła i słuchając magnetofonu, nastawiała w kółko tą samą melodię i robiła na drutach jakieś formy do wieszania roślin. Sprzedawała je potem na targu farmerów. W międzyczasie, ku mojemu niezadowoleniu zmienili mi listonosza na młodszego. Jennifer zupełnie nie zrażało, że listonosz jakoś długo wkłada, wyjmuje i znowu wkłada korespondencję do skrzynki. – Jeżeli chce mnie oglądać, niech ogląda, powiedziała. W tej części Kalifornii bardzo rzadko pada, ale na moje nieszczęście przewidywano burzę. Miałem od wielu dni porozkładane wokół basenu części mojego malarstwa. Razem z Jennifer zebraliśmy wszystko i wnieśliśmy do środka. Salon był dość duży, ale niedostatecznie wielki aby w nim rozłożyć i malować. Siedzieliśmy wewnątrz i patrzyliśmy na deszcz za oknami, tak jak patrzy się na coś niezwykłego. Nowy, młody listonosz ubrany w bardzo żółty plastikowy płaszcz, nie włożył listów do skrzynki, zapewne ciekaw gdzie jest goła Jennifer, podszedł pod drzwi i rzucił korespondencję na ławkę pod okapem daszku. Nie widział nas i nie zobaczył gołej Jennifer, bo była wewnątrz i ubrana. Deszcz powoli zmienił zdanie i przestał kapać, a my postanowiliśmy pojechać do miasta na kolację. Zanim Jennifer ubrała się, wyszedłem na zewnątrz. Raptem usłyszałem narastające wycie syren policyjnych. Nie ulegało kwestii, że coś działo się na mojej ulicy. Zanim zorientowałem się, duży, czarny wóz policyjny zatrzymał się gwałtownie przed wejściem do mojego ogrodu i wyskoczyło dwóch policjantów z pistoletami wymierzonymi we mnie, zaczęli wrzeszczeć: – Na ziemię, ręce do przodu…. W pierwszym momencie nie reagowałem. Nie przestawali krzyczeć. Najpierw klęknąłem; moje zdumienie nie pozwalało mi się położyć, ale zorientowałem się, że to nie żarty. Przyszło mi nawet do głowy, że to nie policja, może gangsterzy. Podniosłem ręce do góry i tak zostałem, na kolanach z rękami do góry. Nie żądali już ode mnie położenia się, ale stali przy mnie, a lufy ich pistoletów patrzyły mi prosto w oczy. Jeden z nich przybliżył się do basenu, wpatrując się w czerwień wody, jakby szukał w niej kogoś na dnie. Chciało mi się, ale nie śmiałem się śmiać. Nie jest bezpiecznie okazać władzy, że się wie, że zrobiła z siebie balona. Głuptas ten młody listonosz, pewnie żal mu było, że nie zobaczy już nigdy gołej i żywej Jennifer.