Mieczysław Kaczanowski [luty 2016 r.]


Bukowina Tatrzańska, Marzec, rok 1937. Mój stryj, Mieczysław Kaczanowski, piłkarz i trener narciarski przyczepił mi do trzewików narty. Dwa kawałki drewna, trochę pasków i rzemieni. Uczucie lęku i podniecenia pozostało mi w pamięci jako jedno z niewielu tak wyrazistych wspomnień z dzieciństwa. – Duduś jesteś już duży chłopak i szybko nauczysz się jeździć na nartach, powiedział stryjek. A ja, ani duży ani silny, prawie pięcioletni. Wujek wziął mnie między swoje nogi i tak się zaczęło. Potem ja wziąłem miedzy nogi mojego wnuka Andreasa i dziesięć lat po nim mojego syna Wita. Szybko nauczyłem się jeździć na nartach za szybko, jak każdy młody chłopak, zanim opanowałem technikę skrętów.

Ten mój stryjek to duma rodziny, to mój wzór odwagi, dzielności i tego wewnętrznego spokoju, którego tak bardzo przeciętnym duszom brak. Nawet w charakterze jego odręcznego pisma był stoicyzm mądrego człowieka. Jeszcze jako dorastający chłopak chciałem naśladować jego eleganckie duże litery i pisać prosto bez rysowania linijek. W 1939 roku, wujek zniknął na pięć lat. Druga Wojna Światowa to moje lata młodości, ukradzione, często głodne i pełne obaw, że zabiorą mi ojca. Stryj z grupą ludzi podziemia, którzy już w listopadzie 1939 roku organizowali spotkania aby omawiać sposoby walki z okupantem i ochronę żydowskich dzieci, które łatwiej było ukryć niż dorosłych. Jak mówił mi ojciec, wraz z moim stryjem byli w kontakcie z Dr. Januszem Korczakiem, dyrektorem ośrodka żydowskich sierot. Aby uczynić jedno z tych spotkań bezpiecznym ustawiono wiele stolików brydżowych, przy każdym cztery osoby i na wszelki wypadek rozdano karty. Do dzisiejszego dnia nie wiadomo jak gestapo zostało powiadomione o tym spotkaniu i nagle wtargnęło z krzykami i automatami RKM gotowymi do strzałów. Wszyscy uczestnicy brydżowych zawodów skończyli na Pawiaku. Wielu nie wytrzymało tortur i nie przeżyli, innych wraz z moim stryjem wywieziono do Oświęcimia w roku 1940. Po trzech latach Oświęcimia zabrano stryja do Dachau i tam jako ludzki szkielet powitał amerykańska armię. Żołnierz amerykański ofiarował mu papierosa, ale kiedy stryj oświadczył, że nie pali i nigdy nie palił, dostał na pamiątkę dolara. Dostałem tego dolara od stryja w 1946 roku, a od roku 1948 ukrywałem ten skarb. Za posiadanie jednego dolara w tamtych czasach można było skończyć w więzieniu.

Sport uwiódł mojego stryja całkowicie. Zawody narciarskie w zimie i piłka nożna w pozostałych miesiącach. Zaczął studia inżynierskie na Warszawskiej Politechnice i przez sport zaniedbywał naukę, co mieli mu za złe babcia i dziadek (Kazimierz Kaczanowski – poseł na sejm), aż przyszła wojna i studiów nigdy nie ukończył. Mówił mi, że gdyby był inżynierem, byłby inżynierem architektem. Chciał projektować mosty. Wierzę, że budowałby piękne mosty. Ktoś kto ma tak piękny charakter pisma, nie byłby w stanie zrobić projektu brzydkiego mostu.

W latach 1946 – 1948 mój ojciec był wiceprezydentem Polskiego Czerwonego Krzyża, być może dlatego, że już przed wojną był aktywnym członkiem tej organizacji, a do tego kończąc studia w Zurychu zaraził się szwajcarską idea niesienia pomocy. Te dwa lata to czas służbowych podroży ojca. Honorowym prezesem międzynarodowych czerwonych krzyży by Król Angielski George VI, a pod presją sowietów wybrano na wiceprezydenta Marszałka Broz Tito. Krążył wiec mój ojciec pomiędzy Jugosławia, zamkiem Windsor w Anglii i Genewą – siedzibą Czerwonego Krzyża. Załatwiał paczki UNRA do Polski, czemu bardzo szybko przeciwstawiło się NKWD. Jeździł po Niemczech wzdłuż i wszerz organizując ośrodki Polskiego Czerwonego Krzyża. Tysiące ludzi wywiezionych w latach okupacji na roboty do Niemiec, szukały rodzin i wsparcia finansowego. Kiedy trafił do Dachau w mundurze polskiego pułkownika został przyjęty przez wysokich oficerów Armii Amerykańskiej i poinformowany, że jego brat nie tylko żyje, ale pracuje w amerykańskim biurze repatriacyjnym, gdzie? W Garmisch-Partenkirchen, największej wówczas stacji narciarskiej w Niemczech. Zawieźli więc tam żołnierze amerykańscy ojca i wprowadzili do biura. Za biurkiem siedział oniemiały z zaskoczenia stryj. Sporządzał listę ocalałych. To było jego zadanie. Opowiedział o tym spotkaniu, adiutant mojego ojca, polski oficer, Kazimierz Barcikowski.

– Pan Mieczysław powstał, doktor Kaczanowski podszedł do niego i tak stali przez długą chwile, wyprostowani, patrząc sobie w oczy, nie padło ani jedno słowo. Dr. Kaczanowski wyciągnął rękę i znowu przez długą chwile te ręce trzymały się w mocnym uścisku. Zrobiło się cicho. Spora grupa żołnierzy amerykańskich patrzyła z podziwem na to spotkanie. Potem, tego wieczoru otworzono wiele butelek ginu i whisky i do późnej nocy wiwatowano i pito za spotkanie dwóch braci, dwóch mężczyzn. Nie mogli się nadziwić jak mocną głowę ma mister Feliks. Paru żołnierzy zasnęło w fotelach.

Mój ojciec nie przywiązywał wielkiego znaczenia do ubrania, nie spędzał wiele czasu przed lustrem. Nie był arbiter elegantiarum. Najbardziej lubił swoje ubrania do polowań i partyzantki. W czasie okupacji rozdał potrzebującym swoje garnitury, zostawiając sobie jeden. Jednak wyjazdy po wojnie, konferencje i międzynarodowe spotkania wymagały nienagannej prezentacji polskich delegacji. Pomimo biedy, zniszczenia i ogólnego zaniedbania trzeba było trzymać fason. Polskiej inteligencji wymordowanej przez Niemców i Rosjan było bardzo mało, a do władzy coraz bardziej garnela się swołocz, gawiedź najgorszego gatunku otrzymywała partyjne pozycje i stanowiska w każdej dziedzinie społecznych obowiązków. Ojciec nigdy nie był w polskim wojsku, a mimo to ubrano go w nowiusieńki mundur polskiego oficera, przygotowując do spotkań z generałami armii amerykańskiej, angielskiej i francuskiej. Pamiętam komiczne sytuacje, kiedy to pan Barcikowski przygotowując ojca do odjazdu, poleruje na wysoki połysk jego buty z cholewami, a ojciec się przeciwstawia nakazom adiutanta i krzyczy: Czy ty mnie ubierasz do trumny? Kazimierz Barcikowski tak jak ojciec był w Armii Krajowej, a wiele lat później został wicepremierem Polski.

Zimną mamy druga połowę stycznia w Denver. Nad miastem kołują stada dzikich gęsi. Ustawione w trójkąt lecą za tą pierwszą samicą, która skrzeczy przywołując je do porządku. Ojciec kochał polowania, chyba bardziej niż Hemingway. Ojca nie ma, gęsi są. Nie wiem dlaczego mówi się, że gęsi gęgają, one przecież chyba skrzeczą. Stryj mój przed wojną miał jakieś wysokie stanowisko w instytucji PZUW, Polskie Zakłady Ubezpieczeń Wzajemnych i zdaje się, że po powrocie do Polski dalej tam pracował. Nazwę zmieniono na PZU. Usunięto słowo wzajemnych. W socjalizmie nie jest ono potrzebne. Któregoś dnia został wysłany w tzw. delegację poza Warszawę. Wpadł na niego jadący za szybko motocyklista i zabił go. Stryja nie ma, ubezpieczenia są.

Pamiętam jak, chyba w 1942 roku, przy kolacji w domu zostało powiedziane: zabrali Mieczysława do Łagru. Tak nazywano po niemiecku obozy koncentracyjne. Okazuje się, że szczęście miał mój ojciec, gdyż Niemcy nie odkryli pokrewieństwa między nim lekarzem psychiatrą, a więźniem Pawiaka, Oświęcimia i Dachau. Nie mniej obawa, że odkryją i zabiorą ojca, towarzyszyła mi szczególnie po nocach, nawet po wojnie. W Warszawie została na Żoliborzu żona mojego stryja, Ciocia Maryla. Kiedy miałem cztery, pięć lat, przed wojna, była dla mnie najważniejsza kobietą na świecie. Zabierała mnie na spacery, do sklepów, do Wedla, na lodowisko. Ciągnęła mnie na sankach, kiedy spadł śnieg. Bardzo chciałem do niej mówić Mamo, ale jakoś nie wypadało, onieśmielało. Ciocia Maryla potrafiła robić wspaniałe konfitury i na półkach stało wiele weków z różnościami, aż ślina ciekła. Była bardzo gościnna i jej dobroć rzucała się w oczy.

Otóż do nowoczesnego, mieszkalnego budynku na Żoliborzu Niemcy wprowadzili, czy dokwaterowali paru wysokich oficerów. Większość mieszkańców wyrzucono. Był to jeden z najnowocześniejszych budynków w Warszawie. Odwiedzając mieszkania jeden z niemieckich oficerów zauważył gospodarność Cioci Maryli i postanowił, że jej nie wyrzuci, odwrotnie, zrobi z niej gosposię dla siebie. On się do niej po prostu wprowadził. Nie wyrzucono więc cioci na ulicę. Tajemnicą owiane są te lata Cioci Maryli. Była pełna radości życia, spontaniczna, młoda, bardzo sexy i ładna. Podobno ten oficer niemiecki miał maniery dżentelmena i… był bardzo przystojny. Kiedy mój stryj powrócił z moim ojcem z Dachau, nie wrócił już do cioci Maryli. Zamieszkał u nas w Tworkach. Bardzo mnie, młodego chłopaka ta sytuacja żenowała i nigdy nie zadawałem żadnych pytań. Po śmierci stryja ciocia zaczęła u nas bywać. Nie pamiętam rozmów o okupacyjnych latach w jej obecności. Jedynie wiedzieliśmy, że w czasie okupacji ciocia stale robiła paczki żywnościowe i wysyłała do Oświęcimskiego Łagru. Wysyłała ciepłe ubrania, robiła na drutach wełniane skarpetki dla męża. Nadawcą nie mógł przecież być mój ojciec.

Kiedy po wielu latach nieobecności w Polsce, w 1976 roku przyleciałem do Polski, dowiedziałem się od kuzyna Adama Kaczanowskiego, znanego inżyniera elektryka, specjalisty od linii wysokich napięć, że ciocia Maryla mieszka dalej w jej przedwojennym mieszkaniu. Po powstaniu obcy prymitywni ludzie wtargnęli do jej mieszkania, zepchnęli ją do małego pokoju, ograbili z wszystkiego. Okradli. W Polsce wówczas były sklepy tzw. Pewexy. Bieda była powszechna. W tych sklepach można było wszystko dostać, ale jedynie za dolary. Zrobiłem zakupy i odwiedziłem ją. Bałem się, że udzielą mi się jej łzy i wzruszenie. Mówiąc do mnie co chwila chwytała mnie za rękę, tak jak tonący chwyta się kawałka trumiennej deski. – Trzymali mnie za rękę i zdjęli na siłę moją obrączkę małżeńską, ukradli. Postanowiłem, że jak powtórnie wrócę do kraju, zajmę się znalezieniem adwokata i ukaraniem hołoty. – Witku kochany, on się we mnie tak zakochał i obiecywał, że te wszystkie paczki, pomoże, aby mój mąż, twój stryj, w Oświęcimiu otrzymywał. Ja tak bardzo kochałam Mietka, a on mi nie wybaczył, zostawił. Kiedy następnym razem przybyłem do Warszawy, cioci Maryli już nie było. Na Żoliborzu tak, jak teraz codziennie, grupa ludzi modliła się za cierpienia Księdza Popiełuszki. Wiatr unosił suche liście w parku przed świątynią.