Raul Castro [czerwiec 2012 r.]
Umówieni jesteśmy w piwnicy na starym mieście w Warszawie. Jest tam mały barek, miejsce szerokiej publiczności nieznane i do czasu było ukrywane przed władzami. Jest, myślę 1960 rok. Zbiera się grupa przyjaciół i znajomych zarażona jazzem, aby słuchać jam session. Gra na saksofonie wyglądający na dwunastolatka Ptaszyn – Wróblewski jest też Krzyś Komeda, Andrzej Kurylewicz, Andrzej Trzaskowski, Jerzy Matuszkiewicz i pojawia się jak zwykle patronujący znawca jazzowej muzyki Leopold Tyrmand, zwany Lopkiem. Jestem z moją żoną Anną. Sprawia mi przyjemność przyjście profesora ASP Henryka Tomaszewskiego. Przyszliśmy wcześnie, aby zasiąść na tych niewygodnych stołkach bez oparcia, ale za to przy barze, nie pod ścianą. I leci wódka za wódką w bufecie; na razie nikt nie jest pijany. Grono przyjaciół rośnie. Oto wchodzi z czerwonym nosem krytyk literacki Kazio Korcelli, dosiada się do nas monumentalnie piękna aktorka Hania Skarga, spokrewniona z rodziną Piotra Skargi, sportretowanym tak dramatycznie przez Jana Matejkę. Przyszła z młodszym od niej o czternaście lat aktorem Rysiem Ostałowskim. Będą plotki. Jest Halina Mikołajska aktorka, późniejsza odważna aktywistka KOR-u, żydówka, którą nasz Papież pocałował w rękę, klękając przed nią. Tak sobie przez chwilę poklękali razem, Halina się rozpłakała i Papież ją przytulił. O całowaniu pierścienia zapomnieli. Co tam pierścień, o wolną Polskę chodzi. Byłem kiedyś w latach sześćdziesiątych z Haliną Mikołajską w Klubie Aktora SPATIF w Alejach Jerozolimskich, niedaleko Placu Trzech Krzyży; obiecując sobie, że będzie to jedynie mały koktajl, oczywiście nie dotrzymaliśmy sobie słowa, bo końca nie pamiętaliśmy. Obudziliśmy się na kanapie u jakiegoś Pana, który nas zaprosił na przedłużenie wieczoru. Ten miły Pan, Wilczek się nazywał. Nad ranem podając nam herbatę, wygłaszał jakieś państwowotwórcze bzdety, które nastawiły mnie wojowniczo. Popatrzyłem przez okno na przepływające chmury. Zbliżał się nieuchronny kac. – Nosił Wilczek razy kilczka, poniosą i Wilczka… – powiedziałem. Halina spojrzała na mnie i zrobiła wielkie, aktorskie oczy. To był wiceminister kultury Polski Ludowej. Halina Mikołajska stworzyła w teatrze kreacje, które były świadectwem jej geniuszu i inteligencji. Władze pozbawiły jej możliwości grania w teatrze, zmarła przedwcześnie na raka w 1989 roku. Pozostał żal i wolność, wywalczona przez takich jak ona. To był ten czas po tzw. październiku 1956 roku i mieliśmy półwolność, a to było coś; zapraszani byli muzycy ze Stanów Zjednoczonych, aby grać w Polsce i byli zdumieni poziomem jazzowej muzyki u nas. Ta niezwykła legenda polskiego jazzu unikalnego w krajach pod nadzorem ZSRR docierała pocztą pantoflową do różnych krajów, jak zobaczymy musiała również dotrzeć na Kubę.
Ale wróćmy do baru – jak mówił do mnie często Andrzej Borecki, pierwszy mąż aktorki Aliny Janowskiej. Moja żona siedząc na stołku bez oparcia miała dupkę jak zgrabne serce do góry nogami, powieszone u ramion, ubrane w ciemnozieloną jedwabną sukienkę – co tu mówić – bardzo sexy. Fidel Castro zwycięzca rewolucji od 1959 roku wysyłał do Polski i do innych satelitów sowieckiego imperium przedstawicieli swojego rządu, aby świadczyli przed kubańskim narodem o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem, jak również żebrali o pomoc ekonomiczną i broń przeciwko Stanom Zjednoczonym Ameryki Północnej. Jednego władze nasze nie przewidziały, że pewien Kubańczyk upijać się będzie jak prosie i prosić będzie, co nie miara, a nawet zażąda słuchania polskiego jazzu. Wywołało to konsternacje UB-eków, którym nasze środowisko było „solą w oku”. Nie mieli innego wyjścia, tylko przyprowadzić go do naszych katakumb, nie śmieli mu odmówić. Towarzyszyła mu grupka mężczyzn ubranych tak samo, w ciemnogranatowe garnitury w cieniutkie, jasne paseczki, a każdy z nich miał nos jak kartofel. Tropiciele zła. Kubańczyk nie wszedł do naszych katakumb, on się wtoczył, aż dziwne, że jeszcze trzymał się na nogach. W momencie, kiedy Henryk Tomaszewski nachylił się do mojej żony, proponując nam tzw. bruderszaft, łapy dostojnego gościa złapały ją za pośladki. Niestety moja pięść go nie dosięgła. Moje obydwie ręce zostały błyskawicznie wykręcone do tyłu. Gość został otoczony i natychmiast wyniesiony na rękach przez „tropicieli zła”, którzy zamienili się w „aniołów stróżów”, szło za nimi po schodach echo głośnego, hiszpańskiego bełkotu – protestu. Dwaj ostatni jeszcze przez chwilę trzymali mnie, po czym wybiegli za swoim stadem. Kiedy w kubańskich kazamatach katowano na śmierć poetów, a metody tortur były kopiowane w Moskwie, prosocjalistyczne rządy zachodniej Europy przyjmowały i fetowały braci z wyspy. Na Kubie zamknięto kościoły, prywatne szkoły, wymordowano zamożną inteligencję i zlikwidowano wolną prasę. Patrzymy na historię dwudziestego wieku, którą mamy za sobą i dalej dziwimy się.
Widziałem go w telewizji – rzekł barman. – Ja też – powiedział Henryk Tomaszewski – To on, Raul Castro, brat Fidela, jego minister sprawiedliwości. Jest w Polsce z oficjalną wizytą. Niedawno w telewizji widziałem, jak Papież Benedykt XVI uścisnął dłoń Raula Castro. Nie mam na ten temat zdania, które przyniosłoby kategoryczną odpowiedź, natomiast poczułem nieprzyjemne uczucie w okolicach serca. Parę dni później miałem sen: kopię w jaja Raula Castro, a on zwija się i całuje papieża w rękę. Obudziłem się z satysfakcją dokonanej zemsty, o której marzyłem przez wiele lat. Powracają jak żywe, gotowe do skopiowania realistyczne obrazki, ilustracje odciśnięte w pamięci, w zakamarkach tej pofałdowanej obrzydliwie substancji nazwanej mózgiem. Komputer, IPod z mięsa zrobiony. Że stworzyła krokodyle, Hitlera, Stalina, to rozumiem. Nie pojmuję jednak, jak takie paskudztwo mogło stworzyć obrazy Vermeer ’a czy Velasquez’a, zbudować piękną katedrę św. Wita w Pradze, Mozarta i wzruszać nas pięknem, dobrem i muzyką. Zastanawiam się, co stało się z naszą sekretną piwnicą, nie wiem. Może ktoś trzyma tam węgiel.