Witold-K z Ojcem

Jaśko – grabarz [luty 2012 r.]

Jaśko cmentarny był jąkałą. I do tego jego zasób słów ograniczony był nawiasem praktyczności niezbędnej do przeżycia, do przetrwania. Jaśko był grabarzem całe swoje długie życie w szpitalu w Tworkach pod Warszawą. Właściwie to pełnił tą funkcje od niepamiętnych czasów. Nawet najstarsi lekarze psychiatrzy nie pamiętali kiedy przybył do szpitala. Pewnie jeszcze za carskich czasów jako dziecko. Nie znaleziono ani nazwiska, ani żadnych danych w kartotekach kiedy pożegnał się z życiem. Jaśko był po prostu Jaśko. Dla każdego dziecka czy dorosłego. Od taka maskotka-grabarz, nierzadko pośmiewiskiem dla okrutnych wyrostków w moim wieku. Uśmiechnięty zawsze jak przygłupek, jakby pod skórą twarzy nie narosły nigdy żadne mięśnie. Nie ulega wątpliwości , że jego fizyczna postura skłaniała ludzi do kpin, a wykonywany zawód nie przysparzał mu wielu przyjaciół. Był niski, ale szeroki w ramionach, miał bardzo długu tułów i straszliwie krótkie nogi i albo jedno, albo drugie nie powinno należeć do tego samego człowieka. Popychał ten pogrzebowy wózek stąpając jak aktor z wodewilu z burleski. Nie wyrastał ponad naszą szczenięcą wysokość, taki, jakby wyrzeźbiony przez Inków lub Majów. Kiedy się odwiedza tereny Ameryki Środkowej, tamtejsi mieszkańcy to niezliczone ilości Jaśków, które przywoływały mi pamięć o nim. Tak właśnie wędrował on ze mną przez mój świat. Ten wózek to były właściwie drewniane nosze na dwóch kołach. Koła miały metalowe obręcze i kiedy popychał swój pojazd po kocich łbach, turkot echem rozchodził się po szpitalu. Kocie łby to taka droga bita kamieniami. Bywały kocie łby duże i małe. Od tych dużych, dźwięk jak strzały z niemieckiego mauzera odbijały się od ceglanych murów. Te małe natomiast imitowały RKM-y, ręczny karabin maszynowy. Jaśko wiezie trupy. Siadywałem na parapecie okna, robiąc lekcje, czytając, lub obserwując ruch na dole i kiedy mnie widział, machał do mnie ręką i wołał: „Du-u-u-udek, ty zo-o-obaczysz”. To zdanie Dudek, 'ty zobaczysz’, przez lata powtarzał i moja ciekawość powędrowała ze mną do innych krajów, powoli zamierając i odchodząc w przeszłość.

Bywało, że marło z głodu, wycieńczenia i zimna paru pacjentów dziennie. Armia niemiecka atakowała Związek Sowiecki – Hitler sprzeniewierzył się przyjaźni ze Stalinem. Szpital musiał być samowystarczalny i przy setkach pacjentów aż dziw, że nie doszło do ludożerstwa. Jaśko był szczególnie zadowolony, kiedy ładował naraz dwa trupy na dwukółka, machał do mnie i wskazując gołe, białe cztery nogi wystające spod prześcieradła, dawał mi do zrozumienia, że nie będzie musiał jechać dwa razy i oddał się w kierunku lasu. Cmentarz był za lasem. Jaśko miał swój własny, mały pokoik, w jednym z pawilonów na południowym krańcu szpitala. Nikt tam nie wchodził przez lata. Nic tam podobno nie miał, jednie siennik wypchany słomą i sianem, bo materacy już dawno zabrakło. Raz dziennie podjeżdżał z trupem lub bez pod drzwi szpitalnej kuchni zarządzanej przez pana Władysława Grudnia. Tam jeden z kucharzy nalewał mu cynową chochlą wodnistą zupę, gotowaną na obierkach od kartofli, wycyganionych od niemieckiej armii, stacjonującej opodal, do przyczepionej drutem blaszanej puszki przy parcianym pasku do spodni.

Towarzyszyłem mu czasem na cmentarz. Kopał dół i od czasu do czasu cynową łyżką jadł zupę chlipiąc z zadowoleniem. Zdarzało się, że wyciągał z kieszenie kawałek starego chleba i pożywiał się tą samą ręką, którą wciągał za nogi nagusieńkie zwłoki. Przez pięć lat okupacji, dzień i noc słychać było krzyki chorych, błagających o chleb, o pomoc – wyjących, klnących i śpiewających. Tenor Opery warszawskiej trzymając się krat w oknie wyśpiewywał arie włoskich oper i raczej często „matko moja miła coś mnie osierociła” ze Strasznego Dworu Moniuszki. Miał bardzo piękny głos. Podobno wbił nóż w pierś kobiecie, którą kochał.

W roku 1972 miałem wystawę w Mediolanie. Nie widziałem już ojca od 1964 r. i zaprosiłem go do Włoch, nie będąc pewnym czy go żona i władze wypuszczą, czy odmówią paszportu. Miałem już wówczas szereg wywiadów dla Voice of Ameryka i radia Free Europe. Wypuścili. Kiedy pod koniec lat 90. i na początku nowego wieku, umawiałem się w kawiarni Czytelnika w Warszawie z ks. Romanem Indrzejczykiem, kapelanem prezydenta miałem okazję dowiedzieć się od niego, że mój ojciec miał duże kłopoty za to, że do mnie przyjechał. Śmierć ks. Romana w Smoleńskiej Katastrofie jest bolesna dla wielu. Jego zdjęcie z moim nowo narodzonym synem Witem stoi na półce obok tomów poezji Norwida, a jego dobroć, skromność i czystość ducha powinna być przykładem dla polskiego kleru. Kochał mojego ojca – agnostyka. Jaśko sam lub z księdzem przyjmowali rodziny pacjentów na cmentarzu. Często nikt nie przybył aby pożegnać zmarłego. Jaśko nigdy nic nie potrzebował, nie domagał się niczego. Czy coś otrzymywał? Nikt go nie kontrolował, i tak było od carskich czasów, których już niewielu było świadkiem.

Pani Sozzani, właścicielka Galerii Simpliciano i podobno drugiego drugiego największego żaglowca w Monte Carlo, wydała dla mnie przyjęcie w jednym ze swoich zamków, niedaleko miejscowości Terrugia. Następnego dnia, uciekając od ludzi zabrałem ojca do Spoletto. Poszliśmy za miasto na spacer. Dookoła patrzył na nas pejzaż, skopiowany z obrazów Giotta. Spokój pagórków i łanów zboża kontrastował ze strzelistymi cyprysami, które zdawało się za chwilę wystartują do Boga. Siedliśmy w głębokiej trawie – był ciepły wieczór a ja byłem spragniony wiadomości z Polski z pierwszej ręki. – Jaśko zmarł. – Jak to? Dopiero teraz? – mało nie krzyknąłem – Chyba miał około setki – powiedział ojciec. – Widać, że czuł, że śmierć się zbliża. Sam sobie dół wykopał. Znaleziono go leżącego obok z łopatą w ręku. – Myślę, że to jedyny człowiek jakiego spotkałem, całe życie całkowicie szczęśliwy – powiedziałem. – Zostałem wezwany przez dyżurnego pielęgniarza aby przyjść natychmiast na pawilon. Czekali na mnie lekarz, pielęgniarka i dyżurny. „Niech pan tylko popatrzy panie dyrektorze.” Z rozprutego siennika wywalały się kilogramy drukowanych pieniędzy i bilonu od czasów carskich aż po dzień dzisiejszy – polskie pieniądze przedwojenne, wojenne, i powojenne; zmieniane dwukrotnie. Ojciec odleciał do kraju. Widziałem go wtedy po raz ostatni.